
Nie szukaliśmy w Zakopanem zabytków. Szukaliśmy powodów. Powodów, dla których Kasprowicz zamienił bunt w zachwyt. Dla których Tetmajer, zmęczony hałasem świata, uciekał pod granitowe ściany Tatr. Dla których Witkacy, widząc rozpad dawnego porządku, próbował jeszcze ocalić tajemnicę istnienia.
Harenda przywitała nas czerwienią nasturcji, które tak lubił Kasprowicz. Potok szemrał gdzieś pod zboczem, jakby od ponad wieku powtarzał ten sam wiersz. Drewniany kościółek pachniał żywicą i czasem. W mauzoleum wszystko było proste. Kamień. Cisza. Góry. I nagle można było zrozumieć więcej niż podczas niejednego wykładu. Bo wielka literatura nie rodzi się przy biurku. Rodzi się tam, gdzie człowiek staje wobec czegoś większego od siebie.
Nazajutrz Tatry otworzyły przed nami swoje kamienne księgi. Dolina Pięciu Stawów lśniła chłodnym błękitem. Nad nią wyrastał Kozi Wierch - surowy, nieprzystępny, piękny. Szliśmy coraz wyżej, zostawiając za sobą gwar codzienności. Z każdym kilometrem świat stawał się prostszy. Coraz mniej było spraw ważnych. Coraz więcej rzeczy prawdziwych.
W takich chwilach zaczyna się rozumieć Młodą Polskę. Nie jako epokę. Jako tęsknotę. Za światem głębszym niż ten, który mierzy się lajkami, rankingami i pośpiechem. Trzeciego dnia deszcz rozmył kontury gór. Mgła zawisła nad dolinami jak niedokończony wiersz. A jednak właśnie wtedy Tatry wydawały się najbliższe. Nie było już widoków. Zostało tylko to, co najważniejsze - droga, rozmowa i obecność drugiego człowieka.
Wróciliśmy. Z mokrymi butami. Ze zmęczonymi nogami. Z głowami pełnymi pytań. I z przekonaniem, że moderniści nie przyjeżdżali tutaj po piękne krajobrazy. Przyjeżdżali po prawdę. Tę samą, która nadal ukrywa się gdzieś między Harendą, Czarnym Stawem i cieniem Koziego Wierchu. Trzeba tylko umieć patrzeć. ![]()
„Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko co pomyśli głowa.”
„Trzeba mi nowych skrzydeł, nowych dróg potrzeba.”






05-400 Otwock
Słowackiego 4/10